Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 października 2010

ostatnie przygody dwóch Katarzyn

Nasze "stopowanie" rozpoczynałam z Kasią i z nią również przypadło mi jechać tego ostatniego dnia. Gdy tylko Agata i Murcia wsiadły do TIRa to zrobiło nam się trochę smutno, że one już jadą, a my nie. A przecież stałyśmy w tym samym miejscu. No ale jak się okazało nie musiałyśmy czekać długo :D Co prawda nasz przemiły kierowca nie jechał do Saragossy, ale jedynie do Guadalajary, ale zawsze to trochę kilometrów w dobrą stronę.

Tego dnia naszymi kierowcami mieli również przyjemność być:
- Hiszpan, który niestrudzenie szukał odpowiedniej stacji benzynowej by nas dobrze wysadzić
- pochodzący z Australii właściciel przyczepy kempingowej (w taki oto sposób pierwszy raz jechałam takim środkiem transportu:D)
- niesamowicie przystojny tatuś ok. 40-ki ze swoim słodkim synkiem, z którym śpiewał hiszpańskie piosenki dla dzieci, a także zachęcał do śpiewania również nas:)
- 2 Rumunów jadących do Barcelony, z którymi nie za wiele rozmawiałyśmy, bo jakoś trochę się ich bałyśmy (ach te uprzedzenia)
- 36-letni kierowca TIRa, który jak się okazało mieszka w Gironie tyle, że po drodze musiał zajechać rozładować towar

Ten ostatni wspomniany okazał się być naszym ostatnim kierowcą w całej podróży. Pod Barceloną pojechałyśmy z nim do siedziby firmy, gdzie rozładował TIRa, a tam przesiedliśmy się do jego prywatnego samochodu, którym zajechałyśmy o 22 pod same lotnisko. Na drodze do terminalu "spotkałyśmy" wózek, który postanowiłyśmy użyć by triumfalnie do niego wjechać i przywitać się z resztą naszej wspaniałej ekipy.

Mimo, że podróżowanie stopem jest momentami dość męczące to jednak było nam trochę żal, że to już koniec autostopowych przygód. Ale z drugiej strony nie mogłyśmy się już doczekać by opowiedzieć o nich rodzinom i przyjaciołom - nie wszystko dałyśmy radę opisać na blogu i zresztą nie wszystko nadaje się do publikacji;)

P.S. Oto jedna z piosenek, którą śpiewałyśmy z przystojnym tatusiem i jego synkiem
www.youtube.com/watch?v=FKsLqvF0Ea4&feature=related
P.S.2 Może i był to koniec przygód autostopowych, ale nie koniec przygód w ogóle, bo czekała nas jeszcze noc i dzień na lotnisku...

Ostatni taki stop... 01.09

MADRYT -> GIRONA


1 września. Kto by pomyślał, że jeszcze kiedykolwiek wstanę tego dnia tak wcześnie (6 rano!). Ale jak widać, nawet nie będąc juz uczennicą, czasem zdrazają się rózne powody aby tego dnia właśnie wstać o tak nieludzkiej porze. A powód był prosty - trzeba dostac się do Girony, gdzie jutro ciężka maszyna unosząca sie w powietrzu doprowadzi nas do kraju ojczystego (patrz: Polska, jakby ktoś się juz pogubił ;) ). A poza tym musiałyśmy wyjść z domu naszych gospodarzy w momencie, kiedy Oni do pracy się udawali. Zatem było szybkie mycie, szybkie pakowanie, śniadanko, sprzatanie i .....

W DROGĘ !!!

No, chwilę wcześńiej Kate wypadła bagietka przez okno. Kiedy wychodziłyśmy z mieszkania okazało się, ze zabrali juz ją panowie sprzątacze, wieć para Kaś startowała z deficytem bagietkowym ;)


Na dziedzińcu budynku mieszkalnego naszych gospodarzy prócz zwyczajnego placu zabaw dla dzieci znajdował się równiez basen.

Wszystko zapowiadało się naprawdę bajecznie.Zajdłyśmy cukierka od DHC, aby było to kolejny "lucky day". Wsiadłyśmy w metro-tramwaj, potem pociąg i wysiadłyśy na obrzeżach Madrytu (oczywiście nie obyło się bez przygód - do którego pocągu mamy wsiąść i gdzie wysiąść, ale zaprawione w podrózowaniu jakoś sobie poradziłyśmy). Po ok 20 minutach marszu dotarłyśy do miejsca skad żekomo miałyśmy złapać jakieś auto jadące w stronę Barcelony. Po ok 15 minutach okazało się, ze jednak to nie całkiem ta droga. POstanowiłyśy zmienić miejscówkę. Tak też uczyniłyśmy. No to czekamy!



Czekamy...



...czekamy...



...czekamy...



...a czas leci....



...a my czekamy...



...zatrzymują się jakieś TIRy i proponują podwózke ale tylko dla 1 osoby a nas jest przeciez cała 4!...

...czekamy...

...



jest! zatrzymał się! Szybko z Murcią wsiadamy do TIRa jadącego do Saragossy. Jakze oczekiwany to środek transportu! Az 2 godziny go wypatrywałyśmy! Ale jedziemy :) Nasz kierowca okazł się być Portugalczykiem, który spędził 11 lat swojego zycia w USA - nasłuchałyśy sie z Murcią jakie to stany sa pięne i warto tam pojechać (zwłaszcza do Disneylandu). Przy okazji zaprosił nas do Portugali (no prosze, to juz kolejne zaproszenie do kolejnego kraju :)).



Na postoju pośrodku niczego, Murcia zagadała do pewnego kierocwy samochodu osobowego. Okazło się, ze jedzie az do Barcelony! No to co zrobiłyśy? Przeprosiłyśy naszego Portugalczyka (który notabene częstował nas jogurtami i ciastkami prosto z Portugalii bo tam taniej, prócz paliwa) i ruszyłyśmy dalej z Hiszpanem. bardzo sympatyczny, ale widac było, ze ma problemy z wymową i poruszaniem się - a moze to skutek długiej jazdy autem. Po prowadząc wyglądał na bardzo spiętego. No ale koniec-końców byłyśy w drodze i to coraz blizej celu, po tak niefortunnym poranku.



Umówiliśmy się, ze wysiadamy na stacji zaraz przed Barceloną. Na nasze neiszczęście nasz kierowca przejechał tę stację i wysadził nas w marnym miejscu. Noa le cóz robić? Stanęłyśy i łapiemy. A czas mija...



Po jakiś 30 minutach zatrzymała się Kobieta - Anioł. Uświadomiła nas, ze to niezbyt fortunne miejsce i zaproponowała podwózkę ok 2 km na lepsze miejsce, przez które pzrejezdzają ludzie jadący do Girony na lotnisku. Nie miałyśy nic do stracenia więc wsiadłyśmy :)



Wysadziła nas w bardzo dobrym miejscu. Nawet nei stałyśmy 10 minut iz atrzymał się Barcelończyk jadący na lotnisko, a przynajmniej w tamtym kierunku. Niestety okazało się, ze nie mówi ni w ząb po angielsku! Trochę po francusku. Ale nasz francuski też nie jest na wysokimpoziomie więc było cięzko! Aczkolwiek ten młody chłopak (ok 28 lat) wpadł na genialny pomysł - rozmawialiśy poprzez google translator w jego komórce!. Kto by pomyślał, ze nasz ostatni stop będzie tak zaskakujący. Pytał się nas gdzie będziemy spać, jeść kolację - wydaje mi się ze jeszcze chwila i by nas gdzies zaprosił ;) A moze tylko mi się wydaje... :)



W kazdym razie odtstawił nas pod same drzwi wejściowe portu lotniczego w Gironie. Na zakończenie - 2 bessos i pamiątkowe zdjęcie :) Ach, Ci Hiszpanie. Kontakty z Nimi są takie ekscytujące, miłe i proste.


Wybiła godzina 20.00. Dwie Kasie były nadal w podrózy. Napisały nam, ze jeszcze 2 h i się zobaczymy. Zrobiłyśy z Natalią zwiad i czekałyśy na nasze kompanki.


W końcu! są! cóż za piękna klamra tematyczne - widzimy jak wjezdzają na lotnisko na wózku bagazowym ;)



Postanowiłyśmy zagotować sobie wrzątek na herbatę, kisiele, budynie, zupki czy co tam kazda z nas miała i udać się na spoczynek. Oczywiście w nietypowym miejscu, bo zaraz przy pasie startowym...

wtorek, 7 września 2010

w drodze do Madrytu

Gibraltar Gibraltarem, ale trzeba jeszcze jakoś wrócić do domu, a przedtem odwiedzić stolicę Hiszpanii czyli Madryt. Dla mnie miał być to czwarty z kolei dzień podróży stopem, bez żadnej przerwy i szczerze mówiąc niezbyt mi się śpieszyło zobaczyć zdziwione miny hiszpańskich kierowców widzących na drodze turystki z wyciągniętymi kciukami. Jedynym pocieszeniem było to, że w Madrycie czekała już na nas Agata Miłosz, a wraz z nią jej wspaniałe mieszkanie. Była więc nawet szansa na suche ręczniki :D Pokrzepiona tą myślą razem z Agathą ruszyłam w drogę.

Naszym pierwszym kierowcą był starszy Hiszpan, który zabrał nas co prawda niewielki kawałek, ale jakże znaczący, ponieważ dojechałyśmy do zjazdu na autostradę. Tam nie musiałyśmy długo czekać, by podwiozła nas pielęgniarka jadąca do pracy. Wysadziła nas na stacji benzynowej gdzie poznałyśmy sprzedawcę nieruchomości. Ów jegomość koniecznie chciał się z nami przywitać po hiszpańsku (dos besos) i zabrał nas aż pod Malagę. Po drodze opowiadał nam trochę o swojej pracy. Na stacji pod Malagą spędziłyśmy prawie godzinę. Zdążyłam nawet rozwiesić ręcznik i kostium (wreszcie wyschły!). Z jednej strony suche rzeczy to bardzo fajna sprawa, ale z drugiej - czekanie zaczęło mnie męczyć i już zaczynały się czarne myśli, że utkniemy tu na dłużej. Aż tu nagle pojawia się wielki samochód i wysiada z niego dwudziestokilkuletnia dziewczyna. Okazało się, że jedzie aż do Madrytu. Juhu! To jednak był nasz szczęśliwy dzień. Większość drogi do stolicy przespałyśmy, a tam czekała już na nas nasza wspaniała, gościnna gospodyni - Agata:)

piątek, 3 września 2010

Barcelona - Gibraltar

Podróz widziana aparatem Agathy:
Ku naszemu zdziwieniu ale i uciesze dało się zauwazyć sporo "byczków" po drodze :)

czasem nie byłyśmy same podczas łapania auto-stopu....

Widać - niektorym się nie udało ;) ale my i tak sie nie załamywałyśmy i dale wyciągałyśy kciuka, pokazywałyśy kartki...

Wschód Słońca na naszym przymusowym noclegu, przed Cartageną.


W róznych miejscach przyszło nam łapać kolejne autka. Ale widoki - im blizej Gibraltaru, coraz bardziej urozmaicone :)



Napiszę tylko jedno - Havi.....

No dobra, dodam, ze prowadził na bosaka i jechał na podbój Hiszpani (sam jest z Murci) wraz ze swoim jednorocznym psem, śłepym na jedno oko od urodzenia.




Kierowcapogwizdujący sobie przy rytmach Robiego Willimas'a.

Tak! Tak! Dotarłyśmy, po wielu przygodach (zapewne i tak nie ostatnich) na Gibraltar!


Kąpiel w wodach gibraltarskich.
W tle - fortyfikacje twierdzy Gibraltar.
Czas zakończyć nasz dzień - zachód Słońca na Gibraltarze :)
Połozyłyśmy się spać (jak prawdziwe syreny, na skałkach) w nadziei na spotkanie z Kate i Murcią dnia następnego...

przeklęta Cartagena

Jak juz wiecie Agatha i Koza dotarly do Giblartaru. Natomiast ja i Murowana to calkiem inna historia...

Generalnie zlapac stopa w Hiszpanii jest cholernie trudno. Hiszpanom w ich hiszpanskich glowkach nie miesci sie zupelnie, ze mogliby z wlasnej woli zabrac do swojego samochodu kogos OBCEGO. I nie liczy sie dla nich, czy o podwozke prosza dwie niewinne niewiasty czy zgraja osilkow. Po prostu maja zadade, ze nie biora nikogo i tyle. Nigdy nie podejrzewalam ich o taki sposob myslenia. I powiem Wam, ze to nawet nie bylo wkurzajace, to bylo po prostu smutne, ze slynacy z goscinnosci i otwartosci narod nie jest w stanie pomoc dwom zblakanym autostopowiczkom.

No ale do rzeczy! Jakims cudem udalo nam sie znalezc kilka osob, ktore najczesciej z bolem i po dlugich namowach, ale przewozily nas kawalek. A wsrod tych szczesliwcow byli:
- pani z dzieckiem jadaca w odwiedziny do mamy
- babka, co miala chlopaka Niemca
- dwoch Włochow, ktorzy chociaz sluchali dobrej muzy, to wysadzili nas pod mostem na srodku autostrady
- pani-safari
- malzenstwo jadace na wakacje do Alicante
- Rosjanin, ktory kupil nam w prezencie TORT
- 2 braci
- mlody milosnik dziwnej muzyki (cytuje tekst 15-minutowej piosenki - "ligaligaligaligaligaligaliga..."

I tak oto o godzinie 22 znalazlysly sie z Murowana w Cartagenie. Przez 1,5 h czekalysmy na dziewczyny i zastanawialysmy sie gdzie bedziemy spac. Niestety okazalo sie, ze tej nocy sie nie spotkamy. Wyszlo tez na jaw, ze Cartagena, chociaz nad morzem sie znajduje, to plazy nie ma tam ani kawalka. Zapytalysmy wiec pewnej mlodej dziewczyny, czy sa tu jakies hostele lub campingi. Niestety byl tylko hotel, ktory kosztowal skromne 59 euro za noc. Niestety nasz budzet nie byl gotowy na takie luksusy. Z zawiedzionymi minami podziekowalysmy dziewczynie za informacje i zaczelysmy sie zastanawiac, co dalej. Ona chyba sie zorientowala, ze na taki nocleg nie bedziemy mogly sobie pozwolic i za kilka minut wrocila i dala nam 12 euro ze slowami, zebysmy nie spaly na ulicy. I tak wlasnie razem z Murowana zostalysmy zebraczkami;)

Za otrzymane pieniadze zafundowalysmy sobie autobus na plaze i tam spedzilysmy noc.

Byc moze zastanawiacie sie czemu ta notka zatytulowana jest "przekleta Cartagena" skoro w przeciwienstwie do innej Agaty i Kasi do niej dotarlysmy. Otoz dotrzec to jedna sprawa, ale wydostac sie... To juz zupelnie inna.

Zmeczone po beznadziejnym dniu poprzednim i zasmucone tym, ze nie udalo nam sie spotkac z reszta ekipy, ale mimo to pelne nadziei na nowy lepszy dzien ruszylysmy na najblizsza stacje benzynowa. Niestety znalezienie kierowcy nie bylo sprawa latwa. Nawet jak ktos jechal w nasza strone to nie chcial nas zabrac. W koncu zlitowalo sie mlode malzenstwo, ktore podrzucilo nas na nastepna stacje benzynowa. Sprawa jest o tyle ciekawa, ze chociaz nie mieli miejsca na nasze bagaze to poprosili ludzi z innego samochodu by je zabrali. Tak oto 2 stopami na raz w jednym my w drugim plecaki dotarlysmy na nastepna stacje. Kolejne podwozki byly niezwykle krotkie:
- londynczyk mieszkajacy w Hiszpanii
- walijskie malzenstwo na emeryturze
- czeski TIRowiec

Az w koncu z Murci usmiechnelo sie do nas szczescie i mloda para jadaca na wakacje podwiozla nas calkiem sporo, bo jakies 200 km. Zgodnie z nasza prosba wysadzili nas na stacji bezynowej. Pelne nadziei, ze teraz bedzie juz z gorki zabralysmy sie do pytania ludzi, w jakim kierunku jada.

Nadzieje okazaly sie zludne. Na stacji REPSOL spedzilysmy 5!!!!!!!! tak 5!!!!! godzin. Poznalysmy tam litewska autostopowiczke, ale to calkiem inna historia, moze opowiemy ja przy innej okazji. W kazdym razie zadomowilysmy sie juz na tym Repsolu. Podladowalysmy telefony, wywiesilysmy mokre reczniki, zjadlysmy obiad (w sensie bagietke z serkiem topionym - a cozby innego)... Nawet zaprzyjaznilysmy sie z panem obslugujacym stacje, ktory rowniez pytal sie wszystkich kierowcow, dokad jada i czy moga nas zabrac. Zniechecone dlugim czekaniem poczulysmy silna zazdrosc, ze Agata i Kasia sa juz na Gibraltarze. Zapowaiadalo sie ze spedzimy kolejna noc osobno...

Jednak tuz przed godzina 19 jak z nieba spadl nam Miguel i jego zona. Zabrali nas w okolice Grenady i tam spedzilysmy noc.

Rano powiedzialam do Natalii - "wiem czemu nam nie szlo! nie jadlysmy cukierkow od Cobry." Tak wiec rozpoczelysmy dzien wlasnie od nich. Nie minelo pol godziny, a znalazlam Hiszpana, ktory jechal do Malagi, czyli zdecydowanie w nasza strone. Ale byl pewnien problem - Carlos nie chcial nas zabrac. Byl to facet tak pod 60-tke, a strzelil mi gadke typu, ze mama go uczyla, ze sie nie rozmawia z nieznajomymi, a co dopiero brac ich do samochodu! Tego bylo juz dla mnie za wiele. Nie znioslabym kolejnego ciezkiego dnia. Z tej zlosci i bezsilnosci po prostu sie poplakalam i wygarnelam pare rzeczy Carlosowi. I wtedy stal sie cud - powiedzial, ze nas zawiezie! Wiec jednak warto czasem sie poryczec;) Murowana nawet zapytala, czy zrobilam to specjalnie:P

Po drodze okazalo sie, ze Carlos jedzie troche dalej niz Malaga i wysadzil nas w zasadzie jakies 30 km do Gibraltaru. Tam juz sam znalazl nas Kubanczyk z zona i synkiem Danielem i zabrali nas pod sama granice, gdzie spotkalysmy sie wreszcie z Kasia i Agata. Jak dobrze byc znowu razem i to na Gibraltarze:)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Hiszpanska droga przez meke

Opuszczajac camping 3 estrellas wkroczylysmy na droge, ktora nie byla ani wspaniala, ani krotka, choc tak na to liczylysmy. Wiele czasu uplynelo nim zrozumialysmy gdzie popelnilysmy blad - otoz powodzenie kazdego dnia zalezy wylacznie od zjedzenia jednego z cukierkow ofiarowanych nam przez drogiego naszego szczepowego (pozdrawiamy!). Tak to juz jest - madre polki po szkodzie.

Jak zaraz sie dowiecie doswiadczenia skladow Agata + Kasia Ka vs Mrucia + Kasia Ko roznia sie dosc znacznie i z tej oto przyczyny najpier ja opisze me losy z Agatha, a nastepnie Kejt przedstawi Wam perypetie jej drogi z Murowana.

Alors,

pierwszym naszym laskawca 27.08 byl cichutki, hiszpanski 40latek, ktory podrzucil nas zgodnie z naszymi blaganiami na proxima cassolinero, skad z kolei poratowal nas przesympatyczny rosjanin. Nosnych ballad o Priviet Andriei nie zapomnimy juz nigdy! Niestety, nasz герой (rus. bohater ;)wysadzil nas w miejscu dosc niefortunnym - byly to co prawda bramki na austrade, szkoda tylko, ze nie uczeszczane zbyt czesto. Wreszcie jednak pojawil sie on - kilka tatuazy, walijski akcent i krotka niestety trasa. Nonetheless, tych 15 minut wypelnionych dzwiecznym brzmieniem cute brittish accent nic nie zacmi. Z pustawej stacji gdzie wysadzil nas walijczyk podwiozlo nas z kolei szalone malzenstwo - panstwo po 40, ubierali sie i zachowywali jakby wciaz umawial sie na pierwsze randki w gimnazjum. Bylo to bardzo urocze. Przez pierwsza godzine. Nastepnie udalo sie nam podjechac kawalek z hiszpanskim amigo, ktory nie potrafil powiedziec ani 1 (slownie: jednego) slowa po angielsku. Na szczescie Agata jest mistrzynia pokazywanek. Tzn. jezyka migowego :) Kolejnym bohaterem okazal sie Miro ze Slowacji. Tak sie sklada, ze mijal nas juz wczesniejszej stacji, co zauwazylam, ona zas zauwazyl, ze poprzednio trzymalam kartke z kierunkiem podrozy do gory nogami. Spedzilysmy z nim kilka milych godzin odkrywajac podobienstwa dwoch tych jezykow. Miro wysadzil nas 85 km od Cartageny, bylysmy tak blisko celu! Lecz...

Ni stad ni z owad pojawil sie (z)Alfredo. Poczatek tej znajomosci wrozyl calkiem dobrze. Kilka zartow, liczne komplementy, ale kiedy oswiadczylysmy, ze wolimy dolaczyc do naszych przyjaciolek zamiast jego kumpli na imprezie, obrazil sie i wysadzil nas na jakims rondzie skad zabral nas podstarzaly fan futbolu. Niestety nie dowiozl nas do Cartageny. Te noc spedzilysmy osobno. Z tesknoty oka nie zmruzylam.

Kolejny dzien jednak okazal sie byc o wiele milszym. Juz z rana zlitowal sie nad nami wytatuowany mlodzieniec, ktory nadlozyl ponad 30 kilometrow by tylko dokonczyc nasza rozmowe o podrozach. Przyznam szczerze, ze gdy wysadzal nas na stacji cieszylam sie bardzo z obowiazku hiszpanskiego zwyczaju do besos :)

Z tej stacji zabral nas sympatyczny amigo, nie szczedzac nam po drodze zlotych rad. Nastepnie wsiadlysmy do samochodu dwoch uroczych starszych panow. Wydaje mi sie, ze odnalezli w nas corki, ktorych hiszpanskie prawo nigdy nie pozwolilo im adoptowac. Z tego wiktu i opierunku wysiadlysmy dopiero na stacji, ktora byla chyba dosc opuszczona. Wlasciwie nie bylo tam nikogo procz psa i jego kleszczy. Na szczescie po jakze krotkich 30 - 40 min przejezdzajac obok kierowca zlitowal sie i powiedzial nam, ze stoimy na drodze do nikad i lepiej uczynimy wracjac na rondo. Rondo to blisko nie bylo, ale przeciez w taka hiszpanska pogode maszeruje sie przyjemnie. Z reszta warto bylo, bo z tego wlasnie ronda zabral nas Javier (¡Hola! :), ktory aktualnie uczy matematyki w liceum i gwarantuje Wam, ze kochaja sie w nim wszystkie uczennice! Korzystajac z dwumiesiecnzych wakacji Javier wraz ze swym uroczym psem podrozuja vanem po Hiszpanii. W trakcie dlugich przejazdow Javier spiewa wraz z radiem - i to nie byle jak! Coz moge rzec, podarowalam mu gumke do wlosow i mam nadzieje, ze bedzie ja nosil gdyz jest czerwona i moze osloni go przed nadmiernymi urokami licealistek! (Javi, en Poloña, tenemos un differente sentido del humor :)

Z Grenady (bo az tam zawiozl nas Javi) az za Malage dojechalysmy z niepozornym 50latkiem, spiewajac z nim i Robbim Williamsem. Za wiele sie nie odzywal, lecz na koniec zazadal wspolnego zdjecia. Nie minela chwila, nie zapomnialysmy jeszcze balskow flesza, a juz wsiadalysmy do conajmniej wypasionego Audi George'a Clooney'a!! Co prawda byl portugalczykiem, ale wierzcie mi, nie bylo widac roznicy! Nasz drogi gentleman (jak sam siebie okreslil, a zrobil to w sposob zmiekczajacy kolana) podwiozl nas az do stacjii 7 km od... Gibraltaru!! A tam, wegierskie malzenstwo samo zaproponowalo nam podwozke.

I tak oto jeszcze przed 18 przekroczylysmy granice Imperium Brytyjskiego nie mogac oderwac wzroku od gory, na ktora przyjechalysmy sie wspiac. Pospacerowalysmy troche, przemykalysmy - my marne i smierdzace - miedzy parami mlodymi i ich odpicowanymi goscmi, ja wskoczylam nawet do zimnego morze i znalazlysmy spokojne miejsce na nocleg. Ciezko bylo zamknac powieki ze swiadomoscia, ze Kasia i Murcia sa gdzies daleko. Lecz tamten dzien byl dla mnie swiadectwem tego, ze sa na Ziemie dobrzy ludzie! W sercu czulam nadzieje! Zasnelam wyobrazajac sobie te chwile, gdy dolacza do nas dziewczyny i wspolnie POMACHAMY AFRYCE!

Czy Kejt i Murowana dojada na Gibraltar?
Czy udalo sie nam wypelnic misje?
Czy nasze reczniki kiedys wyschna?

Tego dowiecie sie w nastepnym odcinku!

Montpellier-Barcelona

Kilka nowych zdjec, cobyscie mogli sie poczuc jak bedac z nami :)




















Jeszcze w Montpellier - idziemy na wylotowke.


prawie jak japonscy turysci - fotki przez szybe samochodu:




















plac zabaw dla doroslych:



Barcelona

W drodze do Parku Guell-prowadza tam schody ruchome! niesamowity widok tak w srodku miasta.

W Parku:



Na miescie:



Kate i obdarowani przez nia arbuzem capoeir´zysci

Prawie jak Marilyn Monrooe, prawda?


Spiewaczki na przystani

Agatha i Katalonczyk - Marc


Jakby ktos nie wiedzial - to my i Mamut :)

Spiewak operowy, ktoremu wtorowalysmy.


Kto wie jaki bedzie kolejny srodek transportu?



Impreza przy fontannach.


Superstar i meksykanscy fani :)

w drodze do Hiszpanii

Wyspslasmy sie wreszcie i znow wyszlysmy na droge z wyciagnietym kciukiem. Tym razem jechalam z Kasia (coz za piekne imie). Najpierw zabral nas Francuz, ktory podrzucil nas pod bramki autostrady. Tam spedzilysmy jakas godzine i zdarzylysmy dostac reprymende od francuskiego policjant, ktory kazal nam stanac na murku, tlumaczac, ze to dla naszego bezpieczenstwa, a jemu szkoda by bylo takich ladnych buziek. Coz bylo robic - weszlysmy na murek, poczekalysmy az sobie pojedzie i zeszlysmy spowrotem. Chwile pozniej zatrzymal sie TIR. Okazalo sie, ze prowadzi go 24-latni Polak - Damian (Pozdrawiamy Cie Damianie! Jestes zarabisty, ze masakra!) Pochodzi on z Ostrowca Swietokrzyskiego, ale mieszka we Wloszech. Oprocz niego w samochodzie byl jeszcze starszy chorwacki kierowca, ktory jak sie okazalo byl przeziebiony i lezal na lozku. Ja siedzialam na miejscu pasazera, a Kasia natomiast na lozku razem z Chorwatem. Mial zatem facet wielkie szczescie, `poniewaz za sprawa bliskosci naszej Katarzyny ozdrowial w try miga. Damian zawiozl nas prawie pod sama Barcelone. Droga z nim byla bardzo przyjemna, rozmawialo sie bardzo swobodnie. Na stacji pod Barca stalysmy dosc dlugo. Bylam tym bardzo rozczarowana, bo wwczesniej wydawalo mi sie, ze blond wlosy sa w Hiszpanii przepustka do lepszego traktowania;) A tu taka niemila niespodzianka. W koncu zabraly nas dwie dziewczyny - aktorki teatralne. Byly bardzo sympatyczne, ale nadal uwazam to za skandal, ze do mojego ukochanego mista wiozly mnie przedstwicielki plci pieknej, a nie jakis goracy Hiszpan (a najlepiej dwoch). W taki sposob dotarlysmy do metra, a nastepnie do busa, ktorym udalysmy sie na camping. Tam spotkalysmy sie z Agata i Natalia, zameldowalysmy sie i rozbilysmy namiot. Kasia i ja blyskawicznie przebralysmy sie w stroje i pobieglysmy by wreszcie zmoczyc nasze spragnione tylki w morzu srodziemnym. Woda byla niezwykle ciepla i wcale nie chcialo sie nam wychodzic, ale czekal na nas dzien w magicznej Barcy, wiec trzeba bylo isc lulu by nabrac sil.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Dotarlysmy...

¡Hola Ptaszyny!

Widzimy, ze teskiniliscie, wiec decydujemy sie zamiescic notke. Spoko, podziekujecie przy okazji. Internet odnalazlysmy wreszcie w Madrycie, w przepieknym, niebianskim wrecz mieszkaniu Agaty Milosz (pozdrawiamy! Agata, robisz swietna pizze!), ale po kolei. Gdzie to ostatnio bylismy? Chyba jeszcze w Paryzu.... och, to zdaje sie cale wieki temu...

Droga z Paryza do Montpellier nie byla latwa. Te 750 km przemierzalysmy w skladach: MurKasiaKa vs MrallKasiaKo. Przyznam szczerze, ze liczylam na szczescie Murowanej i faktycznie nie przeliczylam sie. Najpierw jakis sympatyczny staruszek podwiozl nas na najblizsza stacje, skad zabralysmy sie z przesympatycznym malzenstwem, ktorzy byli nam jak drudzy rodzice. Nastepnie trafil sie Monsieru Jabba - nieprzecietny czlowiek. Przez 4 godziny, ktore z nim spedzilysmy opowiedzial nam o wszystkich zaletach swojego zycia, samochodu i umiejetnosci oraz uraczyl wybitnym wrecz wykonaniem licznych piosenek latynoskich. Wreszcie hiszpanski TIRowiec sam zaproponowal nam podwozke i wieczorem juz tylko zalapalysmy miejscowego zyczliwca, ktory jak sie okazalo wladal sekretnym jezykiem malyuch gnomow.

Dwie blondyny zas rozpoczely dzien od rozmowy na migi z czlowiekiem przkeonanym, ze sa AMerykankami. Nastepnie uswiadczyly romskiej wrecz przygody z liczna rodzina. Zlitowal sie tez sympatyczny TIRowiec Aleksandar, ktory mimo braku znajomosci jezyka rosyjskiego zaprosil je do rodzimej Bulgarii. Kolejne 5 godzin + 1 w korku w Lyon spedzily z Dobrym Wujkiem, ktory poczul z dziewczetami silna wiez i zalatwil im nawet kolejnego kierowce - czlowieka z autostopowa przeszloscia.

I tak dziewczeta wyladowaly na Place de la Comedie w Montpellier, gdzie w kadr jednego ze zdjec niespodziewanie wszedl pewien mlodzieniec. Ten oto Guillam zaistanial nie tylko na zdjeciu, ale i na zawsze w naszej pamieci, gdyz stal sie dla nas (cytuje Murcie)`Francuskim Gospodarzem´. Jego kotka zafundowala nam niezapomniane wrecz wrazenia tamtej gwiezdnej nocy. Sen mimo to byl doprawdy odzywczy i juz rankiem wyruszylysmy dalej. Nieposkromione, nie do zatrzymania! Za cel obralysmy Barcelone.

I tu rzegnam Was moi mili. Czas zmienic punkt widzenia, poznac inna prawde, uslyszec kolejna historie. Przekazuje klawiature Kasi Ko ...











niedziela, 22 sierpnia 2010

Paris, Paris, le vie d'envie!

Alez ta Murcia ma szczescie do autostopu! Pamietacie brazylijczyka jadacego wprost do Amsterdamu? Otoz dzis Natalia M. skusila do zatrzymania mlodzienca imieniem Francesco. Obchodzil on dzis swe 39 urodziny i w ramach prezentu Kasia Ko i Murencja ofiarowaly mu swoj czas. Spory byl to prezent skoro juz od 14 az do 22 (kiedy to po wielu przygodach polaczyly sie z Kasia Ka i Agata). Coz to duzo mowic, dziewczeta musialy go zauroczyc gdyz nadlozyl dla nich 300 km i otoczyl ojcowska wrecz opieka. A dodam, ze brzydki nie byl.

My zas z Agata swoje szczescie liczymy w ilosci poznanych, ciekawych ludzi, a tych bylo wielu - nasza droga do miasta swiatla zamknela sie w 6 przesiadkach. Pierwsza byla emerytowana nauczycielka sypiaca upomnieniami jak z rekawa. Potem radosni geje i couchsurferka z Austrii, Biznesmen, znajacy tajniki milosci (nie jedno zjawisko nam wyjasnil), pewien Polak, tworczyni kostiumow Royal de Luxe jezdzaca 20letnia furgonetka z lozkiem w bagazniku (z kasety lecialo Hello Mary Lou, czulysmy sie jak w prawdziwym filmie drogi!) i wreszcie Arnaud - zamiast na najblizsza stacje RER, zawiozl nas na te najblizsza do naszej wysiadki bawiac nas przy tym nie lada konwersacja :)

I oto jestesly w miescie zakochanych! Juz nie moge usiedziec w miejscu. A jutrzejszy dzien lekkim sie nie zapowiada i czas juz oczy zmruzyc swe. Wiec kilka mysli na koniec:

1. Tylko Polki moga lapac stopa na autostradzie.
2. W podrozy najwazniejsze jest podrozowanie, nie bycie u celu jak najszybciej.
3. Happy Birthday Francesco!!! Lots of love, hugs and kisses from Kate and Natalie

no to do zo

piątek, 20 sierpnia 2010

Dress Less to Impress czyli Amsterdam 20.08

Witajcie kochaneczki! Jak sie bawicie? Bo my wspaniale! Zawdzieczamy to glownie napotkanym ludziom, a ci bynejmniej nas nie zawiedli.

Pierwszym napotknaym przez nas osobnikiem byl osamotniony, porzucony wozek lotniskowy. Niestety towarzystwo wylacznie babskie zdawalo sie go przytlaczac i w koncu zdecyowal sie wyruszyc w podroz z samym soba, jak na mezczyzne przystalo. Chwile pozniej, na srodku drogi zamiast w szukanej przez nas dlugo zatoczce, zatrzymal sie przesympatyczny, a jakze niezorientowany Afroeuropejczyk. niestety, jego GPS nie byl w stanie poiwedziec mu ani gdzie jest ani gdzie powinien jechac wiec i on w koncu wyruszyl pozostawiajac nas na poboczu z zyczeniami powodzenia i udanej podrozy. Nie czekalysmy dlugo.

Nasz wybawca - wlasciciel oryginalnego imienia Peter Klaus i klimatyzowanej beemki - zbaral wszystkie cztery z nas i porzucil dopiero pod jakze przyjaznym w tej obcej krainie znakiem McDonald'sa. Tam musialysmy sie juz podzielic. Murci i Agacie poszczescilo sie niebywale - brazylisjki milosnik spodni rurek otowrzyl szybe, rzekl 'It's your lucky day' i zawiozl je az do samego Amsterdamu. Duet Kas nie moze jednak narzekac. Pocztaek byl co prawda trudny, kierowy na stacji benzynowej zdawali jechac sie wszedzie, ale nie do stolicy. Lecz nagle, pewien schludny 45latek w bialo-czerwonej koszuli w stylu lat 50. przypomnial sobie jak cieleciem byl, jak spedzal mlodosc w autostopie, a pewien kierowca z Portugalii byl nawet jego swiadkiem na slubie - tak blisko sie zaprzyjaznili. Dodam tylk oze pan Jan gra na perkusji, jest powaznym menagerem i ma trzech synow - przypuszczalnie rownie przystojnych. Leczb rak czasu na romanse, Europa czeka. Nasz entuzjazm podzielalo hippie - malzenstwo, ktore w koncu dostarczylo dwie Kasie do Amsterdamu.

Nasi gospodarze to parka wprost przeurocza. Dbaja, by niczego nam nie brakowalo. Przed domem stoi czerwony BMW K1200RS (to jest motor! motor!), a dom swiadczy o tym, ze wlascicielem jest informatyk - to jednak dosc urocze!

Poki co, Amsterdam nas nie zawiodl. Ja na przyklad uswiadczylam dzis lekcji jazdy na wrotkach. Sama nie wiem czy bardziej porwala mnie ta poezja lekkiej jazdy, czy postac mego mentora. Poki co, umowilam sie z Eddiem, ze powroce do Amsterdamu. Oby czekal wiernie!

Wracajac z naszych popoludniowych wojazy (spacerowalysmy dzielnie przez stolice kraju tulipanow), minelysmy oczywiscie slawny Red Light (szczegoly udostepnimy jedynie pelnoletnim), poczym trafilysmy wporst na wieczor kawalerski! Gorace, brazylijskie rytmy przypomnialy o korzeniach panny mlodej - czyli dorbnego brazylijczyka, ok 1.68 wzrostu. Pan mlody zas to miejscowy mezczyzna, swietujacy ostatnie dni wolnosci w teczowym krawacie. Witamy w kraju, gdzie wszystko jest dozwolone!

Bawilysmy sie tak przednio, ze czas juz najwyzszy zazyc snu. W koncu jutro czeka nas dalsze zwiedzanie. Skoro w kilka ogdzin Amsterdam pokazal nam tak wiele, az nie wyobrazam sobie coz to bedzie jutro!

czymajta siecieplo i jedzcie duzo groszku!