Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 sierpnia 2010

Montpellier-Barcelona

Kilka nowych zdjec, cobyscie mogli sie poczuc jak bedac z nami :)




















Jeszcze w Montpellier - idziemy na wylotowke.


prawie jak japonscy turysci - fotki przez szybe samochodu:




















plac zabaw dla doroslych:



Barcelona

W drodze do Parku Guell-prowadza tam schody ruchome! niesamowity widok tak w srodku miasta.

W Parku:



Na miescie:



Kate i obdarowani przez nia arbuzem capoeir´zysci

Prawie jak Marilyn Monrooe, prawda?


Spiewaczki na przystani

Agatha i Katalonczyk - Marc


Jakby ktos nie wiedzial - to my i Mamut :)

Spiewak operowy, ktoremu wtorowalysmy.


Kto wie jaki bedzie kolejny srodek transportu?



Impreza przy fontannach.


Superstar i meksykanscy fani :)

te quiero Barcelona

Dzien w stolicy Katalonii rozpoczal sie bardzo zwyczajnie - prysznic, sniadanko i ruszamy na miasto. Jako pierwszy zaszczytu naszych odwiedzin dostapil parku Guel. Juz od poczatku dnia upal mocno dal nam sie we znaki. Wymeczone wysoka temperatura podjechalysmy pod Szpital Sant Pau, ktory jak sie okazalo aktualnie jest w remoncie i nie ma mozliwosci wejscia na dziedziniec. Zatem strzelilysmy pare fotek i ruszylysmy do Segrady. Nie mialysmy zamiaru wchodzic do srodka, wiec rownie szybko udalo nam sie obejsc dookola to dzielo Gaudiego i ruszyc w droge do dwoch nastepnych - Casa Mila i Casa Batlo. Z tego miejsca bylo juz bardzo blisko do miejsca, na ktore wszystkie czekalysmy - rambli. Deptak barcelonski byl jak zwykle wesloy, gwarny i zatloczony. Nasze kroki skierowalysmy na rynek, gdzie mozna zakupic swieze owoce, soki i koktajle. Po takim zastrzyku witamin ruszylysmy dalej w dol Rambla by dotrzec do placu Reial. Wlasnie odbywal sie tam bardzo efektowny pokaz capoiery. Po wystepie pioczestowalam zmeczonych tancerzy arbuzem, a w zamian za to moglam zrobic sobie z nimi zdjecie.

Wciaz bylo bardzo goraco, wiec zeszlysmy jeszcze nizej do portu, gdzie wiatr lagodzil troche upal i usiadlysmy by odpoczac. Przy brzegu znajduje sie tam przystan jachtowa, ktorej widok zainspirowal mnie i Kasie do spiewania wszystkich mozliwych piosenek, ktore kojarzyly nam sie z woda i morzem. Zaczelo sie od My heart will go on, a skonczylo na szantach wszelakiego rodzaju. Gdy tak beztrosko wydzieralysmy sie, zauwazylysmy, ze ktos nam sie przyluchuje. Pomachalysmy wiec do czlowieka na jachcie, a on i jego koledzy nam odmachali. Tym samym uznalysmy znajomosc za zawarta i pokazalysmy naszym nowym kolegom by do nas podplyneli. Jeden z nich pokazal na palcach 15, z czego wywnioskowalysmy, ze uczynia to za 15 minut. Chociaz wlasciwie mialysmy zamiar juz opuscic port, to jednak pokusa przejazdzki jachtem byla silniejsza i postanowilysmy poczekac. Wkrotce na horyzoncie pojawiul sie nasz nowy znajomy imieniem Marc i wytlumaczyl nam, iz niestety nie ma mozliwosci wyjscia w morze z powodu zbyt silnego wiatru. Chociaz nie bylo nam dane podziwiac Barcelone z pokladu jachtu, to wcale nie czulysmy sie poszkodowane, poniewaz Marc zostal naszym prywatnym przewodnikiem. Juz razem ruszylismy do parku Ciutladella, a po obejrzeniu fontannjy i obowiazkowych fotkach z mamutem usiedlismy na chwile na trawie by odpoczac, a Marc uczyl mnie jak sie liczy po katalonsku. Zrobil tez cos dziwnego - podstawil mi swoja stope pod nos i zapytal czy chce powachac prawdziwa hiszpanska stope!!! Hmmm w zamian moglam zaproponowac jedynie powachanie prawdziwie polskiej stopy, ale jakos nie byl zachwycony ;) Po krotkim odpoczynku udalismy sie do dzielnicy gotyckiej, by obejrzec wnetrza kosciolow i katedry. Natknelismy sie rowniez na spiewaka operowego, ktory wystepowal w jednym z zaulkow. Przygladalysmy sie mu z balkonu biblioteki, a poniewaz klaskalysmy w rytm muzyki i probowalysmy odpowiadac mu spiewem to raz po raz odwracal sie w nasza strone. Nasz aktywny udzial zachecil innych ludzi przysluchujacych sie koncertowi do zabawy i tak po chwili klaskala i spiewala juz cala uliczka. Ma sie ten talent do rozkrecania imprez :D Porwalysmy za soba tlumy i to bylo cudowne. Po spacerze uliczkami dzienicy gotyckiej przyszedl czas na zasluzone lody. Pozniej przeszlismy jeszcze na uroczy plac na druga strone Rambli. Powoli robilo sie ciemno i niestety nadszedl czas by rozstac sie z naszym uroczym przewodnikiem. Marc odprowadzil nas do sklepu, a sam poszedl na pociag.

My zas zrobilysmy zakupy i przemiescilysmy sie na plac Espanya by obejrzec magiczne fontanny. Wrazenia byly jak zwykle cudowne - mozna na nie patrzec godzinami i caly czas na nowo sie nimi zachwycac. Tym razem nie skonczylo sie jednak na biernym ogladaniu. Razem z Kasia zrobilam cos, o czym marzylam juz od zeszlego roku - zatanczylam na trawniku wokol fontanny. Trafilysmy akurat na muzyke klasyczna i dalysmy niepowtarzalne baletowe szol, ktore przysporzylo nam mnostwa fanow, wiec nie zdziwcie sie przypadkiem, gdy znajdziecie filmik z tego wydarzenia na youtubie. Przygladaly nam sie tysiace ludzi, bylskaly flesza, a my jak w transie skakalysmy i tanczylysmy wokol fontanny. Dopiero podczas przerwy zoriwntowalysmy sie, ze nasze ubrania sa calkiem mokre. Wtedy tez podeszla do nas para z Meksyku, ktora zauroczona naszymi popisami poprosila nas o maila i o wspolne zdjecie. Bylysmy juz z Kasia troche zmeczone tymi plasami, ale chcialysmy godnie zakonczyc ten wieczor i jak na zawolanie z glosnikow fontanny rozlegly sie dzwieki piosenki z Titanica. Poniewaz podczas przerwy wokol fontanny nieco sie rozluznilo, to moglysmy dac upust swojej fantazji i szalec po kazdej jej stronie. W przemoczonyc ubraniach i z mokrymi wlosami , ale przepelnione radoscia ogromna udalysmy sie razem z Agata i Natalia autobusem na camping. Przed pojsciem spac na wszelki wypadek lyknelam troche lekow przeciwgrypowych, bo kto by tam chcial chorowac w taki gorac. Zasypialysmy usmiechniete, czekajac na kolejny wspanialy dzien...

wtorek, 17 sierpnia 2010

BARCELONA

Barcelona to miasto, w którym czuję się jak w domu. Zawsze gdy tam wracam czuję się jakbym mieszkała tam od dawna. Podczas naszej podróży będziemy miały tylko jeden dzień by tam pobyć. A jeden dzień na Barcelonę to zdecydowanie za mało! Mam zatem straszny dylemat - gdzie zaprowadzić moje towarzyszki podróży, a co pominąć? Wszystkiego będzie szkoda. No bo tak:
  1. Rambla jest konieczną koniecznością. Kto nie był na Rambli, ten nie był w Barcelonie! Można tu zobaczyć pomysłowych Katalończyków poprzebieranych za najróżniejsze postaci oraz wielkulturowy barwny tłum rozmawiający we wszystkich językach świata. Warto również wspomnieć, że stężenie przystojniaków na metr kwadratowy jest niezwykle wysokie! Jest na czym zawiesić oko;)
  2. Dzielnicy Gotyckiej też nie można pominąć! Spacerując wśród starych murów można posłuchać na żywo hiszpańskich wokalistów śpiewających przy akompaniamencie gitar. Niezapomniane przeżycie!
  3. Segrada Familia i inne budynki zaprojektowane przez Gaudiego (Casa Batllo, Casa Mila) - styl tego architekta jest niepowtarzalny, a nigdzie indziej na świecie nie ma tylu jego dzieł co w Barcelonie!
  4. Park Guell - kolejna perełka autorstwa Gaudiego. Położony na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na całe miasto. Nie możemy go ominąć!
  5. Plaça Reial - najbardziej uroczy plac w Barcelonie. Koniecznie trzeba go odwiedzić, chociażby po to, by wrzucić monetę do fontanny i zapewnić sobie rychły powrót do stolicy Katalonii.
  6. Hospital de la Santa Creu i Sant Pau - to jedyny szpital, w którym aż chciałoby się leżeć. Musimy tam pojechać, oby nie jako pacjentki;)
  7. Magiczna Fontanna - niby prosta rzecz - woda, światło i muzyka, ale robi kolosalne wrażenie. Musimy dać jej szansę by nas wzruszyła i oczarowała.
  8. Parc de la Ciutadella - kolejny piękny park. Jest w nim wspaniała fontanna oraz rzeźnba mamuta, z którą musi mieć zdjęcia każdy, kto odwiedza Barcelonę.
  9. ...
Ach mogłabym tak pisać i pisać... Rozmarzyłam się totalnie. Barcelona to dla mnie miasto magiczne i mam nadzieję, że moje towarzyszki podróży również tą magię poczują i jej ulegną.

Chociaż byłam w Barcelonie łącznie przez ponad 2 tygodnie, to wciąż są miejsca, w które jeszcze nie udało mi się dotrzeć. W tym roku będę polować na świecące nocą cygaro, które jakoś zawsze podczas moich wizyt było zgaszone.