Jak juz wiecie Agatha i Koza dotarly do Giblartaru. Natomiast ja i Murowana to calkiem inna historia...
Generalnie zlapac stopa w Hiszpanii jest cholernie trudno. Hiszpanom w ich hiszpanskich glowkach nie miesci sie zupelnie, ze mogliby z wlasnej woli zabrac do swojego samochodu kogos OBCEGO. I nie liczy sie dla nich, czy o podwozke prosza dwie niewinne niewiasty czy zgraja osilkow. Po prostu maja zadade, ze nie biora nikogo i tyle. Nigdy nie podejrzewalam ich o taki sposob myslenia. I powiem Wam, ze to nawet nie bylo wkurzajace, to bylo po prostu smutne, ze slynacy z goscinnosci i otwartosci narod nie jest w stanie pomoc dwom zblakanym autostopowiczkom.
No ale do rzeczy! Jakims cudem udalo nam sie znalezc kilka osob, ktore najczesciej z bolem i po dlugich namowach, ale przewozily nas kawalek. A wsrod tych szczesliwcow byli:
- pani z dzieckiem jadaca w odwiedziny do mamy
- babka, co miala chlopaka Niemca
- dwoch Włochow, ktorzy chociaz sluchali dobrej muzy, to wysadzili nas pod mostem na srodku autostrady
- pani-safari
- malzenstwo jadace na wakacje do Alicante
- Rosjanin, ktory kupil nam w prezencie TORT
- 2 braci
- mlody milosnik dziwnej muzyki (cytuje tekst 15-minutowej piosenki - "ligaligaligaligaligaligaliga..."
I tak oto o godzinie 22 znalazlysly sie z Murowana w Cartagenie. Przez 1,5 h czekalysmy na dziewczyny i zastanawialysmy sie gdzie bedziemy spac. Niestety okazalo sie, ze tej nocy sie nie spotkamy. Wyszlo tez na jaw, ze Cartagena, chociaz nad morzem sie znajduje, to plazy nie ma tam ani kawalka. Zapytalysmy wiec pewnej mlodej dziewczyny, czy sa tu jakies hostele lub campingi. Niestety byl tylko hotel, ktory kosztowal skromne 59 euro za noc. Niestety nasz budzet nie byl gotowy na takie luksusy. Z zawiedzionymi minami podziekowalysmy dziewczynie za informacje i zaczelysmy sie zastanawiac, co dalej. Ona chyba sie zorientowala, ze na taki nocleg nie bedziemy mogly sobie pozwolic i za kilka minut wrocila i dala nam 12 euro ze slowami, zebysmy nie spaly na ulicy. I tak wlasnie razem z Murowana zostalysmy zebraczkami;)
Za otrzymane pieniadze zafundowalysmy sobie autobus na plaze i tam spedzilysmy noc.
Byc moze zastanawiacie sie czemu ta notka zatytulowana jest "przekleta Cartagena" skoro w przeciwienstwie do innej Agaty i Kasi do niej dotarlysmy. Otoz dotrzec to jedna sprawa, ale wydostac sie... To juz zupelnie inna.
Zmeczone po beznadziejnym dniu poprzednim i zasmucone tym, ze nie udalo nam sie spotkac z reszta ekipy, ale mimo to pelne nadziei na nowy lepszy dzien ruszylysmy na najblizsza stacje benzynowa. Niestety znalezienie kierowcy nie bylo sprawa latwa. Nawet jak ktos jechal w nasza strone to nie chcial nas zabrac. W koncu zlitowalo sie mlode malzenstwo, ktore podrzucilo nas na nastepna stacje benzynowa. Sprawa jest o tyle ciekawa, ze chociaz nie mieli miejsca na nasze bagaze to poprosili ludzi z innego samochodu by je zabrali. Tak oto 2 stopami na raz w jednym my w drugim plecaki dotarlysmy na nastepna stacje. Kolejne podwozki byly niezwykle krotkie:
- londynczyk mieszkajacy w Hiszpanii
- walijskie malzenstwo na emeryturze
- czeski TIRowiec
Az w koncu z Murci usmiechnelo sie do nas szczescie i mloda para jadaca na wakacje podwiozla nas calkiem sporo, bo jakies 200 km. Zgodnie z nasza prosba wysadzili nas na stacji bezynowej. Pelne nadziei, ze teraz bedzie juz z gorki zabralysmy sie do pytania ludzi, w jakim kierunku jada.
Nadzieje okazaly sie zludne. Na stacji REPSOL spedzilysmy 5!!!!!!!! tak 5!!!!! godzin. Poznalysmy tam litewska autostopowiczke, ale to calkiem inna historia, moze opowiemy ja przy innej okazji. W kazdym razie zadomowilysmy sie juz na tym Repsolu. Podladowalysmy telefony, wywiesilysmy mokre reczniki, zjadlysmy obiad (w sensie bagietke z serkiem topionym - a cozby innego)... Nawet zaprzyjaznilysmy sie z panem obslugujacym stacje, ktory rowniez pytal sie wszystkich kierowcow, dokad jada i czy moga nas zabrac. Zniechecone dlugim czekaniem poczulysmy silna zazdrosc, ze Agata i Kasia sa juz na Gibraltarze. Zapowaiadalo sie ze spedzimy kolejna noc osobno...
Jednak tuz przed godzina 19 jak z nieba spadl nam Miguel i jego zona. Zabrali nas w okolice Grenady i tam spedzilysmy noc.
Rano powiedzialam do Natalii - "wiem czemu nam nie szlo! nie jadlysmy cukierkow od Cobry." Tak wiec rozpoczelysmy dzien wlasnie od nich. Nie minelo pol godziny, a znalazlam Hiszpana, ktory jechal do Malagi, czyli zdecydowanie w nasza strone. Ale byl pewnien problem - Carlos nie chcial nas zabrac. Byl to facet tak pod 60-tke, a strzelil mi gadke typu, ze mama go uczyla, ze sie nie rozmawia z nieznajomymi, a co dopiero brac ich do samochodu! Tego bylo juz dla mnie za wiele. Nie znioslabym kolejnego ciezkiego dnia. Z tej zlosci i bezsilnosci po prostu sie poplakalam i wygarnelam pare rzeczy Carlosowi. I wtedy stal sie cud - powiedzial, ze nas zawiezie! Wiec jednak warto czasem sie poryczec;) Murowana nawet zapytala, czy zrobilam to specjalnie:P
Po drodze okazalo sie, ze Carlos jedzie troche dalej niz Malaga i wysadzil nas w zasadzie jakies 30 km do Gibraltaru. Tam juz sam znalazl nas Kubanczyk z zona i synkiem Danielem i zabrali nas pod sama granice, gdzie spotkalysmy sie wreszcie z Kasia i Agata. Jak dobrze byc znowu razem i to na Gibraltarze:)
piątek, 3 września 2010
wtorek, 31 sierpnia 2010
Hiszpanska droga przez meke
Opuszczajac camping 3 estrellas wkroczylysmy na droge, ktora nie byla ani wspaniala, ani krotka, choc tak na to liczylysmy. Wiele czasu uplynelo nim zrozumialysmy gdzie popelnilysmy blad - otoz powodzenie kazdego dnia zalezy wylacznie od zjedzenia jednego z cukierkow ofiarowanych nam przez drogiego naszego szczepowego (pozdrawiamy!). Tak to juz jest - madre polki po szkodzie.
Jak zaraz sie dowiecie doswiadczenia skladow Agata + Kasia Ka vs Mrucia + Kasia Ko roznia sie dosc znacznie i z tej oto przyczyny najpier ja opisze me losy z Agatha, a nastepnie Kejt przedstawi Wam perypetie jej drogi z Murowana.
Alors,
pierwszym naszym laskawca 27.08 byl cichutki, hiszpanski 40latek, ktory podrzucil nas zgodnie z naszymi blaganiami na proxima cassolinero, skad z kolei poratowal nas przesympatyczny rosjanin. Nosnych ballad o Priviet Andriei nie zapomnimy juz nigdy! Niestety, nasz герой (rus. bohater ;)wysadzil nas w miejscu dosc niefortunnym - byly to co prawda bramki na austrade, szkoda tylko, ze nie uczeszczane zbyt czesto. Wreszcie jednak pojawil sie on - kilka tatuazy, walijski akcent i krotka niestety trasa. Nonetheless, tych 15 minut wypelnionych dzwiecznym brzmieniem cute brittish accent nic nie zacmi. Z pustawej stacji gdzie wysadzil nas walijczyk podwiozlo nas z kolei szalone malzenstwo - panstwo po 40, ubierali sie i zachowywali jakby wciaz umawial sie na pierwsze randki w gimnazjum. Bylo to bardzo urocze. Przez pierwsza godzine. Nastepnie udalo sie nam podjechac kawalek z hiszpanskim amigo, ktory nie potrafil powiedziec ani 1 (slownie: jednego) slowa po angielsku. Na szczescie Agata jest mistrzynia pokazywanek. Tzn. jezyka migowego :) Kolejnym bohaterem okazal sie Miro ze Slowacji. Tak sie sklada, ze mijal nas juz wczesniejszej stacji, co zauwazylam, ona zas zauwazyl, ze poprzednio trzymalam kartke z kierunkiem podrozy do gory nogami. Spedzilysmy z nim kilka milych godzin odkrywajac podobienstwa dwoch tych jezykow. Miro wysadzil nas 85 km od Cartageny, bylysmy tak blisko celu! Lecz...
Ni stad ni z owad pojawil sie (z)Alfredo. Poczatek tej znajomosci wrozyl calkiem dobrze. Kilka zartow, liczne komplementy, ale kiedy oswiadczylysmy, ze wolimy dolaczyc do naszych przyjaciolek zamiast jego kumpli na imprezie, obrazil sie i wysadzil nas na jakims rondzie skad zabral nas podstarzaly fan futbolu. Niestety nie dowiozl nas do Cartageny. Te noc spedzilysmy osobno. Z tesknoty oka nie zmruzylam.
Kolejny dzien jednak okazal sie byc o wiele milszym. Juz z rana zlitowal sie nad nami wytatuowany mlodzieniec, ktory nadlozyl ponad 30 kilometrow by tylko dokonczyc nasza rozmowe o podrozach. Przyznam szczerze, ze gdy wysadzal nas na stacji cieszylam sie bardzo z obowiazku hiszpanskiego zwyczaju do besos :)
Z tej stacji zabral nas sympatyczny amigo, nie szczedzac nam po drodze zlotych rad. Nastepnie wsiadlysmy do samochodu dwoch uroczych starszych panow. Wydaje mi sie, ze odnalezli w nas corki, ktorych hiszpanskie prawo nigdy nie pozwolilo im adoptowac. Z tego wiktu i opierunku wysiadlysmy dopiero na stacji, ktora byla chyba dosc opuszczona. Wlasciwie nie bylo tam nikogo procz psa i jego kleszczy. Na szczescie po jakze krotkich 30 - 40 min przejezdzajac obok kierowca zlitowal sie i powiedzial nam, ze stoimy na drodze do nikad i lepiej uczynimy wracjac na rondo. Rondo to blisko nie bylo, ale przeciez w taka hiszpanska pogode maszeruje sie przyjemnie. Z reszta warto bylo, bo z tego wlasnie ronda zabral nas Javier (¡Hola! :), ktory aktualnie uczy matematyki w liceum i gwarantuje Wam, ze kochaja sie w nim wszystkie uczennice! Korzystajac z dwumiesiecnzych wakacji Javier wraz ze swym uroczym psem podrozuja vanem po Hiszpanii. W trakcie dlugich przejazdow Javier spiewa wraz z radiem - i to nie byle jak! Coz moge rzec, podarowalam mu gumke do wlosow i mam nadzieje, ze bedzie ja nosil gdyz jest czerwona i moze osloni go przed nadmiernymi urokami licealistek! (Javi, en Poloña, tenemos un differente sentido del humor :)
Z Grenady (bo az tam zawiozl nas Javi) az za Malage dojechalysmy z niepozornym 50latkiem, spiewajac z nim i Robbim Williamsem. Za wiele sie nie odzywal, lecz na koniec zazadal wspolnego zdjecia. Nie minela chwila, nie zapomnialysmy jeszcze balskow flesza, a juz wsiadalysmy do conajmniej wypasionego Audi George'a Clooney'a!! Co prawda byl portugalczykiem, ale wierzcie mi, nie bylo widac roznicy! Nasz drogi gentleman (jak sam siebie okreslil, a zrobil to w sposob zmiekczajacy kolana) podwiozl nas az do stacjii 7 km od... Gibraltaru!! A tam, wegierskie malzenstwo samo zaproponowalo nam podwozke.
I tak oto jeszcze przed 18 przekroczylysmy granice Imperium Brytyjskiego nie mogac oderwac wzroku od gory, na ktora przyjechalysmy sie wspiac. Pospacerowalysmy troche, przemykalysmy - my marne i smierdzace - miedzy parami mlodymi i ich odpicowanymi goscmi, ja wskoczylam nawet do zimnego morze i znalazlysmy spokojne miejsce na nocleg. Ciezko bylo zamknac powieki ze swiadomoscia, ze Kasia i Murcia sa gdzies daleko. Lecz tamten dzien byl dla mnie swiadectwem tego, ze sa na Ziemie dobrzy ludzie! W sercu czulam nadzieje! Zasnelam wyobrazajac sobie te chwile, gdy dolacza do nas dziewczyny i wspolnie POMACHAMY AFRYCE!
Czy Kejt i Murowana dojada na Gibraltar?
Czy udalo sie nam wypelnic misje?
Czy nasze reczniki kiedys wyschna?
Tego dowiecie sie w nastepnym odcinku!
Jak zaraz sie dowiecie doswiadczenia skladow Agata + Kasia Ka vs Mrucia + Kasia Ko roznia sie dosc znacznie i z tej oto przyczyny najpier ja opisze me losy z Agatha, a nastepnie Kejt przedstawi Wam perypetie jej drogi z Murowana.
Alors,
pierwszym naszym laskawca 27.08 byl cichutki, hiszpanski 40latek, ktory podrzucil nas zgodnie z naszymi blaganiami na proxima cassolinero, skad z kolei poratowal nas przesympatyczny rosjanin. Nosnych ballad o Priviet Andriei nie zapomnimy juz nigdy! Niestety, nasz герой (rus. bohater ;)wysadzil nas w miejscu dosc niefortunnym - byly to co prawda bramki na austrade, szkoda tylko, ze nie uczeszczane zbyt czesto. Wreszcie jednak pojawil sie on - kilka tatuazy, walijski akcent i krotka niestety trasa. Nonetheless, tych 15 minut wypelnionych dzwiecznym brzmieniem cute brittish accent nic nie zacmi. Z pustawej stacji gdzie wysadzil nas walijczyk podwiozlo nas z kolei szalone malzenstwo - panstwo po 40, ubierali sie i zachowywali jakby wciaz umawial sie na pierwsze randki w gimnazjum. Bylo to bardzo urocze. Przez pierwsza godzine. Nastepnie udalo sie nam podjechac kawalek z hiszpanskim amigo, ktory nie potrafil powiedziec ani 1 (slownie: jednego) slowa po angielsku. Na szczescie Agata jest mistrzynia pokazywanek. Tzn. jezyka migowego :) Kolejnym bohaterem okazal sie Miro ze Slowacji. Tak sie sklada, ze mijal nas juz wczesniejszej stacji, co zauwazylam, ona zas zauwazyl, ze poprzednio trzymalam kartke z kierunkiem podrozy do gory nogami. Spedzilysmy z nim kilka milych godzin odkrywajac podobienstwa dwoch tych jezykow. Miro wysadzil nas 85 km od Cartageny, bylysmy tak blisko celu! Lecz...
Ni stad ni z owad pojawil sie (z)Alfredo. Poczatek tej znajomosci wrozyl calkiem dobrze. Kilka zartow, liczne komplementy, ale kiedy oswiadczylysmy, ze wolimy dolaczyc do naszych przyjaciolek zamiast jego kumpli na imprezie, obrazil sie i wysadzil nas na jakims rondzie skad zabral nas podstarzaly fan futbolu. Niestety nie dowiozl nas do Cartageny. Te noc spedzilysmy osobno. Z tesknoty oka nie zmruzylam.
Kolejny dzien jednak okazal sie byc o wiele milszym. Juz z rana zlitowal sie nad nami wytatuowany mlodzieniec, ktory nadlozyl ponad 30 kilometrow by tylko dokonczyc nasza rozmowe o podrozach. Przyznam szczerze, ze gdy wysadzal nas na stacji cieszylam sie bardzo z obowiazku hiszpanskiego zwyczaju do besos :)
Z tej stacji zabral nas sympatyczny amigo, nie szczedzac nam po drodze zlotych rad. Nastepnie wsiadlysmy do samochodu dwoch uroczych starszych panow. Wydaje mi sie, ze odnalezli w nas corki, ktorych hiszpanskie prawo nigdy nie pozwolilo im adoptowac. Z tego wiktu i opierunku wysiadlysmy dopiero na stacji, ktora byla chyba dosc opuszczona. Wlasciwie nie bylo tam nikogo procz psa i jego kleszczy. Na szczescie po jakze krotkich 30 - 40 min przejezdzajac obok kierowca zlitowal sie i powiedzial nam, ze stoimy na drodze do nikad i lepiej uczynimy wracjac na rondo. Rondo to blisko nie bylo, ale przeciez w taka hiszpanska pogode maszeruje sie przyjemnie. Z reszta warto bylo, bo z tego wlasnie ronda zabral nas Javier (¡Hola! :), ktory aktualnie uczy matematyki w liceum i gwarantuje Wam, ze kochaja sie w nim wszystkie uczennice! Korzystajac z dwumiesiecnzych wakacji Javier wraz ze swym uroczym psem podrozuja vanem po Hiszpanii. W trakcie dlugich przejazdow Javier spiewa wraz z radiem - i to nie byle jak! Coz moge rzec, podarowalam mu gumke do wlosow i mam nadzieje, ze bedzie ja nosil gdyz jest czerwona i moze osloni go przed nadmiernymi urokami licealistek! (Javi, en Poloña, tenemos un differente sentido del humor :)
Z Grenady (bo az tam zawiozl nas Javi) az za Malage dojechalysmy z niepozornym 50latkiem, spiewajac z nim i Robbim Williamsem. Za wiele sie nie odzywal, lecz na koniec zazadal wspolnego zdjecia. Nie minela chwila, nie zapomnialysmy jeszcze balskow flesza, a juz wsiadalysmy do conajmniej wypasionego Audi George'a Clooney'a!! Co prawda byl portugalczykiem, ale wierzcie mi, nie bylo widac roznicy! Nasz drogi gentleman (jak sam siebie okreslil, a zrobil to w sposob zmiekczajacy kolana) podwiozl nas az do stacjii 7 km od... Gibraltaru!! A tam, wegierskie malzenstwo samo zaproponowalo nam podwozke.
I tak oto jeszcze przed 18 przekroczylysmy granice Imperium Brytyjskiego nie mogac oderwac wzroku od gory, na ktora przyjechalysmy sie wspiac. Pospacerowalysmy troche, przemykalysmy - my marne i smierdzace - miedzy parami mlodymi i ich odpicowanymi goscmi, ja wskoczylam nawet do zimnego morze i znalazlysmy spokojne miejsce na nocleg. Ciezko bylo zamknac powieki ze swiadomoscia, ze Kasia i Murcia sa gdzies daleko. Lecz tamten dzien byl dla mnie swiadectwem tego, ze sa na Ziemie dobrzy ludzie! W sercu czulam nadzieje! Zasnelam wyobrazajac sobie te chwile, gdy dolacza do nas dziewczyny i wspolnie POMACHAMY AFRYCE!
Czy Kejt i Murowana dojada na Gibraltar?
Czy udalo sie nam wypelnic misje?
Czy nasze reczniki kiedys wyschna?
Tego dowiecie sie w nastepnym odcinku!
Montpellier-Barcelona
Kilka nowych zdjec, cobyscie mogli sie poczuc jak bedac z nami :)
Jeszcze w Montpellier - idziemy na wylotowke.
prawie jak japonscy turysci - fotki przez szybe samochodu:

plac zabaw dla doroslych:

Barcelona
W drodze do Parku Guell-prowadza tam schody ruchome! niesamowity widok tak w srodku miasta.

W Parku:


Na miescie:



Spiewaczki na przystani
Agatha i Katalonczyk - Marc

Jakby ktos nie wiedzial - to my i Mamut :)
Spiewak operowy, ktoremu wtorowalysmy.

Kto wie jaki bedzie kolejny srodek transportu?


Impreza przy fontannach.

Superstar i meksykanscy fani :)
Jeszcze w Montpellier - idziemy na wylotowke.
prawie jak japonscy turysci - fotki przez szybe samochodu:
plac zabaw dla doroslych:
Barcelona
W drodze do Parku Guell-prowadza tam schody ruchome! niesamowity widok tak w srodku miasta.
W Parku:
Na miescie:
Spiewaczki na przystani
Jakby ktos nie wiedzial - to my i Mamut :)
Kto wie jaki bedzie kolejny srodek transportu?
Impreza przy fontannach.
Superstar i meksykanscy fani :)
te quiero Barcelona
Dzien w stolicy Katalonii rozpoczal sie bardzo zwyczajnie - prysznic, sniadanko i ruszamy na miasto. Jako pierwszy zaszczytu naszych odwiedzin dostapil parku Guel. Juz od poczatku dnia upal mocno dal nam sie we znaki. Wymeczone wysoka temperatura podjechalysmy pod Szpital Sant Pau, ktory jak sie okazalo aktualnie jest w remoncie i nie ma mozliwosci wejscia na dziedziniec. Zatem strzelilysmy pare fotek i ruszylysmy do Segrady. Nie mialysmy zamiaru wchodzic do srodka, wiec rownie szybko udalo nam sie obejsc dookola to dzielo Gaudiego i ruszyc w droge do dwoch nastepnych - Casa Mila i Casa Batlo. Z tego miejsca bylo juz bardzo blisko do miejsca, na ktore wszystkie czekalysmy - rambli. Deptak barcelonski byl jak zwykle wesloy, gwarny i zatloczony. Nasze kroki skierowalysmy na rynek, gdzie mozna zakupic swieze owoce, soki i koktajle. Po takim zastrzyku witamin ruszylysmy dalej w dol Rambla by dotrzec do placu Reial. Wlasnie odbywal sie tam bardzo efektowny pokaz capoiery. Po wystepie pioczestowalam zmeczonych tancerzy arbuzem, a w zamian za to moglam zrobic sobie z nimi zdjecie.
Wciaz bylo bardzo goraco, wiec zeszlysmy jeszcze nizej do portu, gdzie wiatr lagodzil troche upal i usiadlysmy by odpoczac. Przy brzegu znajduje sie tam przystan jachtowa, ktorej widok zainspirowal mnie i Kasie do spiewania wszystkich mozliwych piosenek, ktore kojarzyly nam sie z woda i morzem. Zaczelo sie od My heart will go on, a skonczylo na szantach wszelakiego rodzaju. Gdy tak beztrosko wydzieralysmy sie, zauwazylysmy, ze ktos nam sie przyluchuje. Pomachalysmy wiec do czlowieka na jachcie, a on i jego koledzy nam odmachali. Tym samym uznalysmy znajomosc za zawarta i pokazalysmy naszym nowym kolegom by do nas podplyneli. Jeden z nich pokazal na palcach 15, z czego wywnioskowalysmy, ze uczynia to za 15 minut. Chociaz wlasciwie mialysmy zamiar juz opuscic port, to jednak pokusa przejazdzki jachtem byla silniejsza i postanowilysmy poczekac. Wkrotce na horyzoncie pojawiul sie nasz nowy znajomy imieniem Marc i wytlumaczyl nam, iz niestety nie ma mozliwosci wyjscia w morze z powodu zbyt silnego wiatru. Chociaz nie bylo nam dane podziwiac Barcelone z pokladu jachtu, to wcale nie czulysmy sie poszkodowane, poniewaz Marc zostal naszym prywatnym przewodnikiem. Juz razem ruszylismy do parku Ciutladella, a po obejrzeniu fontannjy i obowiazkowych fotkach z mamutem usiedlismy na chwile na trawie by odpoczac, a Marc uczyl mnie jak sie liczy po katalonsku. Zrobil tez cos dziwnego - podstawil mi swoja stope pod nos i zapytal czy chce powachac prawdziwa hiszpanska stope!!! Hmmm w zamian moglam zaproponowac jedynie powachanie prawdziwie polskiej stopy, ale jakos nie byl zachwycony ;) Po krotkim odpoczynku udalismy sie do dzielnicy gotyckiej, by obejrzec wnetrza kosciolow i katedry. Natknelismy sie rowniez na spiewaka operowego, ktory wystepowal w jednym z zaulkow. Przygladalysmy sie mu z balkonu biblioteki, a poniewaz klaskalysmy w rytm muzyki i probowalysmy odpowiadac mu spiewem to raz po raz odwracal sie w nasza strone. Nasz aktywny udzial zachecil innych ludzi przysluchujacych sie koncertowi do zabawy i tak po chwili klaskala i spiewala juz cala uliczka. Ma sie ten talent do rozkrecania imprez :D Porwalysmy za soba tlumy i to bylo cudowne. Po spacerze uliczkami dzienicy gotyckiej przyszedl czas na zasluzone lody. Pozniej przeszlismy jeszcze na uroczy plac na druga strone Rambli. Powoli robilo sie ciemno i niestety nadszedl czas by rozstac sie z naszym uroczym przewodnikiem. Marc odprowadzil nas do sklepu, a sam poszedl na pociag.
My zas zrobilysmy zakupy i przemiescilysmy sie na plac Espanya by obejrzec magiczne fontanny. Wrazenia byly jak zwykle cudowne - mozna na nie patrzec godzinami i caly czas na nowo sie nimi zachwycac. Tym razem nie skonczylo sie jednak na biernym ogladaniu. Razem z Kasia zrobilam cos, o czym marzylam juz od zeszlego roku - zatanczylam na trawniku wokol fontanny. Trafilysmy akurat na muzyke klasyczna i dalysmy niepowtarzalne baletowe szol, ktore przysporzylo nam mnostwa fanow, wiec nie zdziwcie sie przypadkiem, gdy znajdziecie filmik z tego wydarzenia na youtubie. Przygladaly nam sie tysiace ludzi, bylskaly flesza, a my jak w transie skakalysmy i tanczylysmy wokol fontanny. Dopiero podczas przerwy zoriwntowalysmy sie, ze nasze ubrania sa calkiem mokre. Wtedy tez podeszla do nas para z Meksyku, ktora zauroczona naszymi popisami poprosila nas o maila i o wspolne zdjecie. Bylysmy juz z Kasia troche zmeczone tymi plasami, ale chcialysmy godnie zakonczyc ten wieczor i jak na zawolanie z glosnikow fontanny rozlegly sie dzwieki piosenki z Titanica. Poniewaz podczas przerwy wokol fontanny nieco sie rozluznilo, to moglysmy dac upust swojej fantazji i szalec po kazdej jej stronie. W przemoczonyc ubraniach i z mokrymi wlosami , ale przepelnione radoscia ogromna udalysmy sie razem z Agata i Natalia autobusem na camping. Przed pojsciem spac na wszelki wypadek lyknelam troche lekow przeciwgrypowych, bo kto by tam chcial chorowac w taki gorac. Zasypialysmy usmiechniete, czekajac na kolejny wspanialy dzien...
Wciaz bylo bardzo goraco, wiec zeszlysmy jeszcze nizej do portu, gdzie wiatr lagodzil troche upal i usiadlysmy by odpoczac. Przy brzegu znajduje sie tam przystan jachtowa, ktorej widok zainspirowal mnie i Kasie do spiewania wszystkich mozliwych piosenek, ktore kojarzyly nam sie z woda i morzem. Zaczelo sie od My heart will go on, a skonczylo na szantach wszelakiego rodzaju. Gdy tak beztrosko wydzieralysmy sie, zauwazylysmy, ze ktos nam sie przyluchuje. Pomachalysmy wiec do czlowieka na jachcie, a on i jego koledzy nam odmachali. Tym samym uznalysmy znajomosc za zawarta i pokazalysmy naszym nowym kolegom by do nas podplyneli. Jeden z nich pokazal na palcach 15, z czego wywnioskowalysmy, ze uczynia to za 15 minut. Chociaz wlasciwie mialysmy zamiar juz opuscic port, to jednak pokusa przejazdzki jachtem byla silniejsza i postanowilysmy poczekac. Wkrotce na horyzoncie pojawiul sie nasz nowy znajomy imieniem Marc i wytlumaczyl nam, iz niestety nie ma mozliwosci wyjscia w morze z powodu zbyt silnego wiatru. Chociaz nie bylo nam dane podziwiac Barcelone z pokladu jachtu, to wcale nie czulysmy sie poszkodowane, poniewaz Marc zostal naszym prywatnym przewodnikiem. Juz razem ruszylismy do parku Ciutladella, a po obejrzeniu fontannjy i obowiazkowych fotkach z mamutem usiedlismy na chwile na trawie by odpoczac, a Marc uczyl mnie jak sie liczy po katalonsku. Zrobil tez cos dziwnego - podstawil mi swoja stope pod nos i zapytal czy chce powachac prawdziwa hiszpanska stope!!! Hmmm w zamian moglam zaproponowac jedynie powachanie prawdziwie polskiej stopy, ale jakos nie byl zachwycony ;) Po krotkim odpoczynku udalismy sie do dzielnicy gotyckiej, by obejrzec wnetrza kosciolow i katedry. Natknelismy sie rowniez na spiewaka operowego, ktory wystepowal w jednym z zaulkow. Przygladalysmy sie mu z balkonu biblioteki, a poniewaz klaskalysmy w rytm muzyki i probowalysmy odpowiadac mu spiewem to raz po raz odwracal sie w nasza strone. Nasz aktywny udzial zachecil innych ludzi przysluchujacych sie koncertowi do zabawy i tak po chwili klaskala i spiewala juz cala uliczka. Ma sie ten talent do rozkrecania imprez :D Porwalysmy za soba tlumy i to bylo cudowne. Po spacerze uliczkami dzienicy gotyckiej przyszedl czas na zasluzone lody. Pozniej przeszlismy jeszcze na uroczy plac na druga strone Rambli. Powoli robilo sie ciemno i niestety nadszedl czas by rozstac sie z naszym uroczym przewodnikiem. Marc odprowadzil nas do sklepu, a sam poszedl na pociag.
My zas zrobilysmy zakupy i przemiescilysmy sie na plac Espanya by obejrzec magiczne fontanny. Wrazenia byly jak zwykle cudowne - mozna na nie patrzec godzinami i caly czas na nowo sie nimi zachwycac. Tym razem nie skonczylo sie jednak na biernym ogladaniu. Razem z Kasia zrobilam cos, o czym marzylam juz od zeszlego roku - zatanczylam na trawniku wokol fontanny. Trafilysmy akurat na muzyke klasyczna i dalysmy niepowtarzalne baletowe szol, ktore przysporzylo nam mnostwa fanow, wiec nie zdziwcie sie przypadkiem, gdy znajdziecie filmik z tego wydarzenia na youtubie. Przygladaly nam sie tysiace ludzi, bylskaly flesza, a my jak w transie skakalysmy i tanczylysmy wokol fontanny. Dopiero podczas przerwy zoriwntowalysmy sie, ze nasze ubrania sa calkiem mokre. Wtedy tez podeszla do nas para z Meksyku, ktora zauroczona naszymi popisami poprosila nas o maila i o wspolne zdjecie. Bylysmy juz z Kasia troche zmeczone tymi plasami, ale chcialysmy godnie zakonczyc ten wieczor i jak na zawolanie z glosnikow fontanny rozlegly sie dzwieki piosenki z Titanica. Poniewaz podczas przerwy wokol fontanny nieco sie rozluznilo, to moglysmy dac upust swojej fantazji i szalec po kazdej jej stronie. W przemoczonyc ubraniach i z mokrymi wlosami , ale przepelnione radoscia ogromna udalysmy sie razem z Agata i Natalia autobusem na camping. Przed pojsciem spac na wszelki wypadek lyknelam troche lekow przeciwgrypowych, bo kto by tam chcial chorowac w taki gorac. Zasypialysmy usmiechniete, czekajac na kolejny wspanialy dzien...
w drodze do Hiszpanii
Wyspslasmy sie wreszcie i znow wyszlysmy na droge z wyciagnietym kciukiem. Tym razem jechalam z Kasia (coz za piekne imie). Najpierw zabral nas Francuz, ktory podrzucil nas pod bramki autostrady. Tam spedzilysmy jakas godzine i zdarzylysmy dostac reprymende od francuskiego policjant, ktory kazal nam stanac na murku, tlumaczac, ze to dla naszego bezpieczenstwa, a jemu szkoda by bylo takich ladnych buziek. Coz bylo robic - weszlysmy na murek, poczekalysmy az sobie pojedzie i zeszlysmy spowrotem. Chwile pozniej zatrzymal sie TIR. Okazalo sie, ze prowadzi go 24-latni Polak - Damian (Pozdrawiamy Cie Damianie! Jestes zarabisty, ze masakra!) Pochodzi on z Ostrowca Swietokrzyskiego, ale mieszka we Wloszech. Oprocz niego w samochodzie byl jeszcze starszy chorwacki kierowca, ktory jak sie okazalo byl przeziebiony i lezal na lozku. Ja siedzialam na miejscu pasazera, a Kasia natomiast na lozku razem z Chorwatem. Mial zatem facet wielkie szczescie, `poniewaz za sprawa bliskosci naszej Katarzyny ozdrowial w try miga. Damian zawiozl nas prawie pod sama Barcelone. Droga z nim byla bardzo przyjemna, rozmawialo sie bardzo swobodnie. Na stacji pod Barca stalysmy dosc dlugo. Bylam tym bardzo rozczarowana, bo wwczesniej wydawalo mi sie, ze blond wlosy sa w Hiszpanii przepustka do lepszego traktowania;) A tu taka niemila niespodzianka. W koncu zabraly nas dwie dziewczyny - aktorki teatralne. Byly bardzo sympatyczne, ale nadal uwazam to za skandal, ze do mojego ukochanego mista wiozly mnie przedstwicielki plci pieknej, a nie jakis goracy Hiszpan (a najlepiej dwoch). W taki sposob dotarlysmy do metra, a nastepnie do busa, ktorym udalysmy sie na camping. Tam spotkalysmy sie z Agata i Natalia, zameldowalysmy sie i rozbilysmy namiot. Kasia i ja blyskawicznie przebralysmy sie w stroje i pobieglysmy by wreszcie zmoczyc nasze spragnione tylki w morzu srodziemnym. Woda byla niezwykle ciepla i wcale nie chcialo sie nam wychodzic, ale czekal na nas dzien w magicznej Barcy, wiec trzeba bylo isc lulu by nabrac sil.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Dotarlysmy...
¡Hola Ptaszyny!
Widzimy, ze teskiniliscie, wiec decydujemy sie zamiescic notke. Spoko, podziekujecie przy okazji. Internet odnalazlysmy wreszcie w Madrycie, w przepieknym, niebianskim wrecz mieszkaniu Agaty Milosz (pozdrawiamy! Agata, robisz swietna pizze!), ale po kolei. Gdzie to ostatnio bylismy? Chyba jeszcze w Paryzu.... och, to zdaje sie cale wieki temu...
Droga z Paryza do Montpellier nie byla latwa. Te 750 km przemierzalysmy w skladach: MurKasiaKa vs MrallKasiaKo. Przyznam szczerze, ze liczylam na szczescie Murowanej i faktycznie nie przeliczylam sie. Najpierw jakis sympatyczny staruszek podwiozl nas na najblizsza stacje, skad zabralysmy sie z przesympatycznym malzenstwem, ktorzy byli nam jak drudzy rodzice. Nastepnie trafil sie Monsieru Jabba - nieprzecietny czlowiek. Przez 4 godziny, ktore z nim spedzilysmy opowiedzial nam o wszystkich zaletach swojego zycia, samochodu i umiejetnosci oraz uraczyl wybitnym wrecz wykonaniem licznych piosenek latynoskich. Wreszcie hiszpanski TIRowiec sam zaproponowal nam podwozke i wieczorem juz tylko zalapalysmy miejscowego zyczliwca, ktory jak sie okazalo wladal sekretnym jezykiem malyuch gnomow.
Dwie blondyny zas rozpoczely dzien od rozmowy na migi z czlowiekiem przkeonanym, ze sa AMerykankami. Nastepnie uswiadczyly romskiej wrecz przygody z liczna rodzina. Zlitowal sie tez sympatyczny TIRowiec Aleksandar, ktory mimo braku znajomosci jezyka rosyjskiego zaprosil je do rodzimej Bulgarii. Kolejne 5 godzin + 1 w korku w Lyon spedzily z Dobrym Wujkiem, ktory poczul z dziewczetami silna wiez i zalatwil im nawet kolejnego kierowce - czlowieka z autostopowa przeszloscia.
I tak dziewczeta wyladowaly na Place de la Comedie w Montpellier, gdzie w kadr jednego ze zdjec niespodziewanie wszedl pewien mlodzieniec. Ten oto Guillam zaistanial nie tylko na zdjeciu, ale i na zawsze w naszej pamieci, gdyz stal sie dla nas (cytuje Murcie)`Francuskim Gospodarzem´. Jego kotka zafundowala nam niezapomniane wrecz wrazenia tamtej gwiezdnej nocy. Sen mimo to byl doprawdy odzywczy i juz rankiem wyruszylysmy dalej. Nieposkromione, nie do zatrzymania! Za cel obralysmy Barcelone.
I tu rzegnam Was moi mili. Czas zmienic punkt widzenia, poznac inna prawde, uslyszec kolejna historie. Przekazuje klawiature Kasi Ko ...





Widzimy, ze teskiniliscie, wiec decydujemy sie zamiescic notke. Spoko, podziekujecie przy okazji. Internet odnalazlysmy wreszcie w Madrycie, w przepieknym, niebianskim wrecz mieszkaniu Agaty Milosz (pozdrawiamy! Agata, robisz swietna pizze!), ale po kolei. Gdzie to ostatnio bylismy? Chyba jeszcze w Paryzu.... och, to zdaje sie cale wieki temu...
Droga z Paryza do Montpellier nie byla latwa. Te 750 km przemierzalysmy w skladach: MurKasiaKa vs MrallKasiaKo. Przyznam szczerze, ze liczylam na szczescie Murowanej i faktycznie nie przeliczylam sie. Najpierw jakis sympatyczny staruszek podwiozl nas na najblizsza stacje, skad zabralysmy sie z przesympatycznym malzenstwem, ktorzy byli nam jak drudzy rodzice. Nastepnie trafil sie Monsieru Jabba - nieprzecietny czlowiek. Przez 4 godziny, ktore z nim spedzilysmy opowiedzial nam o wszystkich zaletach swojego zycia, samochodu i umiejetnosci oraz uraczyl wybitnym wrecz wykonaniem licznych piosenek latynoskich. Wreszcie hiszpanski TIRowiec sam zaproponowal nam podwozke i wieczorem juz tylko zalapalysmy miejscowego zyczliwca, ktory jak sie okazalo wladal sekretnym jezykiem malyuch gnomow.
Dwie blondyny zas rozpoczely dzien od rozmowy na migi z czlowiekiem przkeonanym, ze sa AMerykankami. Nastepnie uswiadczyly romskiej wrecz przygody z liczna rodzina. Zlitowal sie tez sympatyczny TIRowiec Aleksandar, ktory mimo braku znajomosci jezyka rosyjskiego zaprosil je do rodzimej Bulgarii. Kolejne 5 godzin + 1 w korku w Lyon spedzily z Dobrym Wujkiem, ktory poczul z dziewczetami silna wiez i zalatwil im nawet kolejnego kierowce - czlowieka z autostopowa przeszloscia.
I tak dziewczeta wyladowaly na Place de la Comedie w Montpellier, gdzie w kadr jednego ze zdjec niespodziewanie wszedl pewien mlodzieniec. Ten oto Guillam zaistanial nie tylko na zdjeciu, ale i na zawsze w naszej pamieci, gdyz stal sie dla nas (cytuje Murcie)`Francuskim Gospodarzem´. Jego kotka zafundowala nam niezapomniane wrecz wrazenia tamtej gwiezdnej nocy. Sen mimo to byl doprawdy odzywczy i juz rankiem wyruszylysmy dalej. Nieposkromione, nie do zatrzymania! Za cel obralysmy Barcelone.
I tu rzegnam Was moi mili. Czas zmienic punkt widzenia, poznac inna prawde, uslyszec kolejna historie. Przekazuje klawiature Kasi Ko ...
wtorek, 24 sierpnia 2010
Nie goutj ryzu w metrze w Paryzu - Paryz 23.08
Hello! Good Price!
Dlugo zabawilysmy w miescie zakochanych. Nozki bola (glownie od biegania po SCHODACH miedzy peronami paryskiego metra), a oczka sie juz za,ykaja, wiec oto wizyta w stolicy zabojadow w wielkim skrocie:
Najpierw przygody z biletami i nawiazywanie prwyjazni z kasjerami na dworcu - stawiam, ze nigdy nas nie zapomna!
Potem burza na Montmatre, Sacre Coeur i Pugalle w deszczu. Postanowilysmy wysuszyc sie stajac na wywiewie klimatyzacji metra robiac niepowtarzalne zdjecia z Moulin Rouge w tle. Chwile pozniej ten wlasnie sposob fotografowania - rozwiane wlosy, fruwajace kurtki - stal sie absolutnyn, hitem i stosowali go wszyscy turysci.
Kolejna atrakcja - St. Marie Madelaine - kosciol z przeszloscia. Potem rue de Fabourg Saint - Honoré czyli swiatowe centrum butikow haute coutoure, Champs Elysees, lunch w ogrodach Tulieres stylizowany na paryskiego zula, szybka wizyta w luwrowych piramidach i konkurs na przyslowie tysiaclecia, Luk Triumfalny (moi drodzy, weszlismy nawet na gore po 274 STOPNIACH,bo malo nam bylo SCHODOW...), wieza Eiffl'a, Pola Marsowe, Szkola Militarna (niestety nie zaszczyli nas zadni przystojni kadeci ;( ), Carrefour City (to jak express, ale zielony), Notre Dame (dzwonnika nie bylo, mial wakacje, ha ha ha), Panteon, Sorbona (nie mam pojecia dlaczego zamknieta... w srodku sezonu?) i ogrody Luxemburskie, ale tylko przez kratki, bo je tez zlosliwie zamkneli...
I wtedy, wieczorowa juz pora pomknelysmy na Tricadero by podziwiac znow wieze E., tym razem podswietlona. Co tu duzo mowic, nawiazalysmy wiele pieknych przyjazni z okolicznymi sprzedawcami miniaturek tejze wiezy. Jak widac na zalaczonym zdjeciu :) Razem z Murcia odkrylysm w sobuie smykalke do habndlu ubijajac interes zycia - 6 tower for one ojro! (razem kupîlysmy ich az 12!). Na koniec pozwolilysmy sobie na lmaly zarcik z kolegami z branzy. Gdy zapytali co chcialybysmy kupic, zapytalasymy w jakiej cenie jest ta duza, podswietlona wieza przy polach marsowych, ha ha ha ha! Nasz sprzedawca tez sobie pozartowal oferujac Murci, ze odda jej te wieze w zamian za mnie. Lepianke w Nigerii dorzuci gratis. Dowcipnis!
No to koniec i bomba, kto nie czytal ten tro,ba! Nie za bardzo wiadomo kiedy znow trafi sie nam internet, wiec teskinijcie grzecznie i sprawdzajcie bloga co 3,5 godziny! I piszcie nam komentarze, bo nam jest smutno, ze nic nie piszecie :(
adieu alors!
niedziela, 22 sierpnia 2010
to Peter and Rowena
We'd like to thank you so much! it was a great pleasure to meet you and your friends:) Thank you to be our guides in Amsterdam, for delicious pancakes and a great party. Greetings from Paris!
Agata, Kasia, Kasia, Natalia
Agata, Kasia, Kasia, Natalia
Paris, Paris, le vie d'envie!
Alez ta Murcia ma szczescie do autostopu! Pamietacie brazylijczyka jadacego wprost do Amsterdamu? Otoz dzis Natalia M. skusila do zatrzymania mlodzienca imieniem Francesco. Obchodzil on dzis swe 39 urodziny i w ramach prezentu Kasia Ko i Murencja ofiarowaly mu swoj czas. Spory byl to prezent skoro juz od 14 az do 22 (kiedy to po wielu przygodach polaczyly sie z Kasia Ka i Agata). Coz to duzo mowic, dziewczeta musialy go zauroczyc gdyz nadlozyl dla nich 300 km i otoczyl ojcowska wrecz opieka. A dodam, ze brzydki nie byl.
My zas z Agata swoje szczescie liczymy w ilosci poznanych, ciekawych ludzi, a tych bylo wielu - nasza droga do miasta swiatla zamknela sie w 6 przesiadkach. Pierwsza byla emerytowana nauczycielka sypiaca upomnieniami jak z rekawa. Potem radosni geje i couchsurferka z Austrii, Biznesmen, znajacy tajniki milosci (nie jedno zjawisko nam wyjasnil), pewien Polak, tworczyni kostiumow Royal de Luxe jezdzaca 20letnia furgonetka z lozkiem w bagazniku (z kasety lecialo Hello Mary Lou, czulysmy sie jak w prawdziwym filmie drogi!) i wreszcie Arnaud - zamiast na najblizsza stacje RER, zawiozl nas na te najblizsza do naszej wysiadki bawiac nas przy tym nie lada konwersacja :)
I oto jestesly w miescie zakochanych! Juz nie moge usiedziec w miejscu. A jutrzejszy dzien lekkim sie nie zapowiada i czas juz oczy zmruzyc swe. Wiec kilka mysli na koniec:
1. Tylko Polki moga lapac stopa na autostradzie.
2. W podrozy najwazniejsze jest podrozowanie, nie bycie u celu jak najszybciej.
3. Happy Birthday Francesco!!! Lots of love, hugs and kisses from Kate and Natalie
no to do zo
My zas z Agata swoje szczescie liczymy w ilosci poznanych, ciekawych ludzi, a tych bylo wielu - nasza droga do miasta swiatla zamknela sie w 6 przesiadkach. Pierwsza byla emerytowana nauczycielka sypiaca upomnieniami jak z rekawa. Potem radosni geje i couchsurferka z Austrii, Biznesmen, znajacy tajniki milosci (nie jedno zjawisko nam wyjasnil), pewien Polak, tworczyni kostiumow Royal de Luxe jezdzaca 20letnia furgonetka z lozkiem w bagazniku (z kasety lecialo Hello Mary Lou, czulysmy sie jak w prawdziwym filmie drogi!) i wreszcie Arnaud - zamiast na najblizsza stacje RER, zawiozl nas na te najblizsza do naszej wysiadki bawiac nas przy tym nie lada konwersacja :)
I oto jestesly w miescie zakochanych! Juz nie moge usiedziec w miejscu. A jutrzejszy dzien lekkim sie nie zapowiada i czas juz oczy zmruzyc swe. Wiec kilka mysli na koniec:
1. Tylko Polki moga lapac stopa na autostradzie.
2. W podrozy najwazniejsze jest podrozowanie, nie bycie u celu jak najszybciej.
3. Happy Birthday Francesco!!! Lots of love, hugs and kisses from Kate and Natalie
no to do zo
sobota, 21 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)